Bieżeństwo 1915

Bieżeństwo 1915

Bieżeństwo 1915

Chcę podzielić się moimi głębokimi poruszeniami, jakich doznałam przy lekturze książki w konwencji reportażu autorstwa Anety Prymaki-Oniszk pt. „BIEŻEŃSTWO 1915. Zapomniani uchodźcy”.

Pierwsze moje poruszenie wynika z faktu, że nic o opisanych tam wydarzeniach nie wiedziałam. Nie uczyli mnie tego na lekcji historii. Temat pozostaje nadal w sferze białych plam. Natrafiłam na te historie przy okazji moich prywatnych poszukiwań odpowiedzi na pytanie: dlaczego moja babcia (mama mojej mamy) wiosną 1915 roku w wieku 15 lat musiała wraz ze swoim 9 letnim braciszkiem jechać pociągiem przez całą Rosję aż pod Ural, by dołączyć do swojego ojca? Musiał on z drugą żoną i 7-letnią przyrodnią siostrą babci opuścić Wilno z początkiem tamtego roku. Rodzina babci żyła tam w nowej rzeczywistości w mieście Irbit w guberni permskiej do jesieni 1918 roku.

Przy okazji tych poszukiwań spotkałam się po raz pierwszy z pojęciem bieżeństwo. Słowo to w języku rosyjskim oznacza uchodźstwo. Zaczęłam zgłębiać temat zaczynając od internetu. Natrafiłam na stronę: biezenstwo.pl, założoną przez autorkę książki, o której dzisiaj chcę opowiedzieć. Babcia A. Primaki-Onyszk przeżyła to uchodźstwo i jej historia spowodowała, że autorka rozpoczęła poszukiwania opracowań na ten temat w archiwach historycznych i w bibliotekach uniwersyteckich. Na końcu swej książki podała źródła oraz zamieściła fotografie, jakie udało jej się odnaleźć, utrwalające ten exodus ludności wiejskiej rozpoczęty latem 1915 roku, który objął od 3,5 do 5 milionów ludzi. Z różnych fragmentów wycinków prasowych z tamtego okresu, wspomnień zapisanych w pamiętnikach i skąpych wiadomości w opracowaniach historyków – nie tylko polskich, ale także białoruskich i ukraińskich – podjęła trud odtworzenia cierpień uchodźców. Temat zainteresował mnie na tyle, że zakupiłam książkę i poprzez lekturę udałam się w nieznany mi świat losów naszych przodków.

Autorkę zastanawia fakt, że w polskich opracowaniach bieżeństwo nie istnieje: tu ważne są zabory, potem odzyskanie niepodległości. W historiografii rosyjskiej i białoruskiej ważna jest rewolucja październikowa; pierwsza wojna światowa jest do niej przypisem, bieżeństwa nie ma zupełnie. W bibliotekach uniwersyteckich hasło bieżeńcy nie istnieje w katalogach. Autorka jest dziennikarką, więc z całą dociekliwością i determinacją poszukuje wiedzy na ten temat. Na pierwszy ślad natrafia w 2012 roku. Czyta o tym, jak w maju 1915 roku Niemcy i Austriacy przełamują front w Karpatach. Armia rosyjska nie będąc w stanie ich zatrzymać, zarządza ewakuację opuszczanych ziem. Zaczyna się wielki odwrót. W głąb Imperium pociągami jadą urzędnicy i tony dokumentów, uczelnie i biblioteki, dzieła sztuki, a także fabryki z całym wyposażeniem i najważniejszym personelem. Na wschód jedzie tabor kolejowy wraz z kolejarzami, banki, kasy zapomogowo-pożyczkowe, szkoły różnego szczebla, często z personelem. Wyjazd nauczycieli jest obowiązkowy, studenci sami muszą podjąć decyzję. Przejazd tysięcy uchodźców udających się w głąb Rosji doprowadził do załamania się przepustowości dróg i linii kolejowych. Ewakuowani cywile muszą dotrzeć do głównych węzłów kolejowych, a następnie są transportowani w głąb kraju. Wkrótce okazuje się, że uchodźcy muszą podróżować pieszo lub własnym środkiem lokomocji.

Poeta postanowił zatrzymać się w Wielkopolsce na dłużej, zwłaszcza, że był podejmowany bardzo gościnnie i serdecznie. W Śmiełowie mieszkał cztery miesiące. Załatwiał swoje sprawy prywatne i wydawnicze, ustalał szczegóły publikacji tomików swoich wierszy, ale też poznawał inne uroki życia. Tu poznał ceremoniał parzenia kawy przez specjalnie do tego celu zatrudnioną kawiarkę w pokoiku zwanym kawiarnią. Bardzo zasmakował w tym napoju.Wyposażenie Zamku Królewskiego i Łazienek Warszawskich zostaje upchnięte w sześćdziesięciu pięciu wagonach i wysłane w kierunku Piotrogrodu. Nie ocalały nawet obrazy w plafonach ściennych, odrywano okucia brązowe z drzwi, ozdoby z kominków. Wywożone są dzwony ze świątyń wszystkich wyznań. Po wojnie Towarzystwo Opieki nad Zabytkami Przeszłości doliczy się dwustu tysięcy zaginionych sztuk. Przed wycofaniem się z Warszawy – według relacji świadków – żołnierze rabują składy apteczne i rozbijają maszyny dla wyciągnięcia z nich kawałków miedzi. Na odchodnym wysadzają mosty, tory kolejowe, stacje, wieże ciśnień, wodociągi, kościoły, czy inne górujące nad okolicą budynki. Ma zostać spalona ziemia. Taka, jaką zastał Napoleon w 1812 roku. Ale to nie ewakuacja miast okaże się największym dramatem taktyki spalonej ziemi.

Jeszcze na początku czerwca 1915 roku, gdy Rosjanie dopiero wycofują się z Galicji, dowódca frontu południowo-zachodniego wydaje rozkaz wysiedlenia tutejszych chłopów i wywozu całego ich majątku. Przecież gdyby zostali, zasilą szeregi wroga, a ich plony będą karmić nieprzyjacielskie wojsko. Szef sztabu generał Mikołaj Januszkiewicz r o z s z e r z a ten rozkaz na cały obszar przyfrontowy.

Jako gość państwa Gorzeńskich Mickiewicz uczestniczył we mszach świętych w parafialnym kościele w pobliskiej wsi Lgów. Zapraszany był w gościnę przez wiele znamienitych wielkopolskich rodów. Odwiedził wówczas Osiek (powiat kościański), Lubiń i Oporowo, Sarbinowo, Zakrzew, a także Lubostroń w powiecie żnińskim. Bywał w Konarzewie u Kaliksta Bojanowskiego (okolice Rawicza). W Choryni został ojcem chrzestnym Zofii Taczanowskiej. Zapraszano go na polowania, grzybobrania, uczty z potrawami kuchni wielkopolskiej. Wszystkie te wrażenia smakowe i obyczajowe znalazły swój oddźwięk na kartach „Pana Tadeusza”. Stąd Wielkopolsce nadano zaszczytny tytuł Matki Chrzestnej „Pana Tadeusza”.Na szlak wygnańczy udaje się ludność cywilna wraz z dobytkiem i inwentarzem żywym z obszaru Królestwa Polskiego oraz zachodnich guberni Rosji, czyli guberni grodzieńskiej, wileńskiej, wołyńskiej, kowieńskiej i kurlandzkiej. Dane statystyczne, na które natrafiła autorka, porażają. To trzy i pół miliona bieżeńców, niektóre opracowania mówią nawet o pięciu milionach. Jeśli liczyć tylko ludzi opuszczających granice współczesnej Polski – wyjechało nawet dwa i pół miliona osób! Najmocniej bieżeństwo dotyka guberni grodzieńskiej. To w jej skład w 1915 roku wchodzi współczesna Białostocczyzna. Pustoszeją wsie wschodniej Chełmszczyzny – z tego regionu wyjeżdża blisko trzysta tysięcy osób. Bieżeństwo nie oszczędza także ziem Królestwa Polskiego. Z guberni łomżyńskiej jedzie blisko osiemdziesiąt tysięcy; z warszawskiej – siedemdziesiąt tysięcy; z suwalskiej ponad pięćdziesiąt tysięcy. Bieżeństwo dotknęło także Litwinów, Niemców, Tatarów, Żydów. Gdy front jest już blisko, chłopi – dobrowolnie lub pod przymusem – pospiesznie pakują dobytek i w rzędach furmanek suną na wschód. Ci, co nie mają własnych koni i furmanek, idą pieszo. Jeszcze widzą, jak płoną ich domy. Krakowski „Czas” opisuje tragedię mieszkańców Lubelszczyzny, gdy przetaczała się tam linia frontu: „Od wsi do wsi pędzili Kozacy i podpalali wsie i osady, dając ludności zaledwie tyle czasu, ile trzeba było na ujście żywcem z płomieni”. Podobnych relacji pełne są pamiętniki ziemian i arystokracji, nie tylko polskiej zresztą. O wygnaniu chłopów ze swojej ziemi, o bezwzględności i bezmyślności władzy wspomina w swoich zapiskach nawet wysoko postawiony rosyjski urzędnik Michał Konstantynowicz.

Dotychczasowy świat obraca się w ruinę. Prości ludzie tracą wszystko. To, co mają i kim są. Bieżeństwo to historia stopniowej utraty. Zaczyna się zaraz po wybuchu wojny – utrata męża, którego zabrali na front. Potem armia rekwiruje zwierzęta. W końcu nadchodzi wyjazd. Traci się dom, ziemię, cały świat. Korzenie i tożsamość. Odwieczne rytuały, sposób życia niezmienny od stuleci. Po drodze giną resztki dobytku. Umierają najbliżsi. Nieraz matka traci wszystkie dzieci, albo ojciec zostaje sam z maleńkimi dziećmi i nie wie co ma robić. Dziećmi od zawsze zajmowała się żona, a kiedy umarła, jest bezradny jak małe dziecko. Na całym bieżeńskim szlaku tworzą się prowizoryczne obozy. Podczas podróży i na kolejnych przystankach etapowych brakuje wody pitnej, żywności, miejsc postojowych na obozowisko i wystarczającej opieki medycznej. Ludzie stłoczeni na małej przestrzeni tygodniami czekają na pozwolenie wymarszu dalej lub przejazd koleją. Głód, zmęczenie, brud, kiepskie warunki sanitarne sprzyjają zachorowaniu na tyfus. Wybuchają epidemie, ludzie umierają i są grzebani przy drogach. Drogi bieżeńców wiodą w rejon dużych miast w oparciu o szlaki kolejowe. Najwięcej wygnańców gromadzi się wokół stacji kolejowych. Stąd pociągi mają rozwozić ludzi po całej Rosji. Pociągów na razie nie ma, a z każdą godziną przybywa bieżańców. Tysiące, dziesiątki, a nawet setki tysięcy. Nie sposób ich policzyć. Ludzie koczują na wozach, w prowizorycznych szałasach. Wokół tworzą się cmentarze. Całe „bogactwo” bieżeńców to wszy i worki. W miastach ludzie patrzą na bieżeńców z niepokojem. Tarasują ulice, ich konie zostawiają sterty odchodów. Oni sami załatwiają potrzeby fizjologiczne, gdzie popadnie; toalet po drodze przecież brak. Wśród idących ludzi już szerzy się cholera i tyfus. Niektórzy zatrzymują się pod miastami, rozbijają obozowiska i koczują. Zaraza przenika także do stałych mieszkańców miast i miasteczek, gdzie przybysze oczekują na pozwolenia dalszej podróży lub na pociągi mające rozwozić ich w głąb Imperium Rosyjskiego. Wokół dwudziestoośmiotysięcznego Rostowa w guberni smoleńskiej koczuje osiemdziesiąt tysięcy bieżeńców. Wokół niewiele większego Bobrzyska – ponad sto tysięcy. Koło malutkiego zaledwie dziesięciotysięcznego Kobrynia – dwieście tysięcy. Przez niewiele większy Rohaczew w ciągu kilku miesięcy przechodzi siedemset tysięcy osób! Przez Baranowicze, Słonim, Lidę może nawet więcej.

Skala bieżeństwa przytłacza miejscowych. Nikt sobie z tym nie radzi, władze rozkładają ręce. Na ogromną falę bieżeńców nie są przygotowane ani władze cywilne, ani wojskowe. Sytuacja obnażyła słabą organizację administracji rosyjskiej, a także niewydolność logistyczną armii carskiej. Decydując o wypędzeniu chłopów, generałowie nie analizowali realnych możliwości opieki nad nimi. Teraz próbują ratować, co się da. Wzdłuż trasy przemarszu bieżeńców zaczynają powstawać punkty pomocowe z żywnością, prowizoryczną pomocą medyczną. Nie wszyscy dają radę dopchać się do kotłów. Pojawia się głód. Osierocone albo zagubione dzieci są zbierane i wysyłane do sierocińców. Tworzą je organizacje samorządowe, charytatywne i wojsko. Podobnie pomaga Komitet Wielkiej Księżnej Tatiany. Setki tysięcy osób koczują na stacjach w straszliwych warunkach, dziesiątkują ich epidemie. Nie wszyscy mieszczą się na stacjach i koczują pod gołym niebem w prowizorycznych obozowiskach. W takich warunkach przychodzą na świat dzieci, niektóre matki umierają po porodzie. Dla większości z nich to już drugi albo trzeci miesiąc tułaczki.

Dopiero 1 października 1915 roku w sztabie Naczelnego Dowódcy zapada decyzja, by rozwiązać problem jak najszybciej. W dniach 5 – 15 października ma zostać zorganizowany masowy wywóz uchodźców w głąb Rosji. Kolej ma wygospodarować tabor i odprawiać co najmniej po tysiąc dwieście wagonów dziennie. Po 50 osób w wagonie. W niektórych wagonach są żelazne piecyki. Badacze policzą później, że we wrześniu i październiku w przesiedleniu bieżeńców wzięło udział sto piętnaście tysięcy wagonów, jedna piąta całego posiadanego przez Rosję taboru. Koni, trzody i wozów – największego bieżeńskiego majątku – nie można było zabrać do pociągu. Władze tworzą więc specjalne punkty skupu, ale idzie to bardzo wolno. Trzeba czekać wiele dni, a czasem i tygodni. Pojawiają się spekulanci, którzy za bezcen skupują od bieżańców ich konie, krowy. Chłopi bardzo się tego boją. Okazują jakiś instynktowny lęk na myśl o zejściu z tych wozów, które były dla nich cząstką, resztą Ojczyzny. Póki na nich z rodzinami siedzieli, mieli poczucie, że są w czasowej podróży, a jeśli je opuszczą to pożegnają się z Polską.

Większość bieżeńców nie ma wpływu na to, gdzie ich wiozą. Nie dopytują nawet, bo i tak nazwy miast nic im nie mówią. Pociągi rozwożą ich po całym Imperium. Zwłaszcza na żyzne ziemie, gdzie brakuje rąk do pracy. Nad Don i Wołgę, w okolice Uralu, na Syberię. Polskie organizacje pomocowe walczą, by Polaków rozmieszczać w europejskiej części Imperium, przed linią Wołgi. Wyszukują Polaków wśród bieżeńców w obozach i na stacjach. Często siłą wyciągają ich z kierowanych za Ural pociągów. Przewodnicy zarzucają kolejarzom złą wolę i złośliwość – ci bowiem wielokrotnie zmieniają cel podróży, dzielą składy tak, jak im się podoba. Często ruszają z postojów bez sygnału, co skutkuje tym, że pozostają matki, a dzieci odjeżdżają lub pozostają bez opieki. Rozbija to wsie i rodziny, niszczy naturalne związki bieżeńców – jedyne, co im na świecie pozostało. Polityka cara zmierzała do rozproszenia bieżeńców, by łatwiej ich było wyżywić, i umieszczania daleko od frontu, we wschodniej i centralnej Rosji. Bieżeńcy zaś za wszelką cenę trzymają się swoich z rodzinnych wsi.

Bieżeństwo dotknęło też ziemian i arystokrację, przeważnie Polaków, oni jednak po drodze nie cierpią głodu i nie nocują pod gołym niebem. Pieniądze pozwalają im nocować w hotelach lub w zaprzyjaźnionych dworach.

Drugie moje poruszenie to nasuwające się porównanie exodusu tej ludności do wędrówki Żydów z Egiptu przez pustynię w poszukiwaniu ziemi obiecanej. Z tą różnicą, że wędrujący Żydzi mieli swojego przewodnika Mojżesza i nie brakowało im żywności. Bieżeńcy pozostawieni są sami sobie. Znajdują się jednak ochotnicy z Rosji, którzy jadą z bieżeńcami, by jako przewodnicy pomagać im odnaleźć się w nowych warunkach. Zdarzało się bowiem, że ludzie, którzy po raz pierwszy zobaczyli pociąg, nie chcieli do niego wsiadać. Nie do wszystkich pociągów trafili jednak przewodnicy. Ich sprawozdania mówią o próbach leczenia chorych w pociągu i o bałaganie w organizacji punktów żywieniowych. W czasie transportu koleją przez długie tygodnie wagony stały się domem dla uchodźców, tu poczuli się w miarę bezpiecznie.

Sytuacja zmienia się po dotarciu do punktów przeznaczenia. W niektórych miejscach docelowych jest już zima, a kobiety i dzieci nie mają butów, tylko nogi owinięte szmatami. Tak wyjechali, bo zakup butów to duży wydatek i w rodzinach bieżeńców obute nogi mieli tylko mężczyźni. Ziemiaństwo nakazało wszystkim jadącym podwodami, żeby przywieźli ze sobą odzież wierzchnią i buty, by wspomóc nią bieżeńców. I ta odzież uratowała od śmierci niejedno dziecko, bo w ogromnej większości jadą one niemal nagie. Ludzie, którzy właśnie doświadczyli własnej odrębności w kontakcie z mieszkańcami sąsiednich guberni, teraz będą doświadczać różnorodności ludów zamieszkujących Imperium Rosyjskie. W okolicach Ufy zetkną się z Baszkirami, Tatarami i Chińczykami. W guberni samarskiej pojadą do wsi zamieszkałych przez Czuwaszy i Tatarów. Trafią na Syberię, do Kazachstanu, Uzbekistanu, czy na Kaukaz, z całym bogactwem żyjących tam narodów. Krajobraz i klimat zdziwią przybyszów, ale chyba jeszcze bardziej różnorodność języków. No i zwyczaje. Niektóre trudno zaakceptować.

Władze miejscowe różnie organizują miejsca zamieszkania dla przybyłych bieżeńców. Umieszczają w rodzinach wiejskich, gdzie bieżeńcy razem z gospodarzami pracują na gospodarstwie w zamian za jedzenie i dach nad głową. W miastach budują dla bieżeńców baraki.  W Stawropolu bieżeńców kwaterują w więzieniu i w pośpiesznie wyprzątniętym areszcie. W Kostromie, Symbirsku i Kursku w monasterach. W Charkowie w cyrku, w syberyjskich miasteczkach – w salach kinowych. Przyjeżdżają całe wagony osieroconych dzieci. Trzeba je zakwaterować, nakarmić, zaopiekować się nimi. W Piotrogrodzie Komitet Wielkiej Księżny Tatiany buduje pawilony dla sierot, gdzie ściany są zbudowane z drzwi użytych jako panele, przestrzeń między nimi wypełniona jest popiołem i torfem. W całej Rosji jest za mało szpitali, a i te są przepełnione rannymi żołnierzami. Gdzie leczyć chorych bieżeńców, których jest mnóstwo? Władze niektórych miast zamykają granice dla nowych bieżeńców. A transporty ciągle nadjeżdżają.

Bieżeńcom przysługują zasiłki tzw. pajki w wysokości 20 kopiejek dziennie na osobę na poczet odszkodowania za zniszczony majątek. Polskie organizacje proponują usamodzielnienie się uchodźców i zapomogi. Dyskusje trwają, a ludzie żyć muszą w nowych warunkach. Zaczynają układać swoje życie. Dzieci idą do prowadzonego przez Komitet Wielkiej Księżny Tatiany przytułku – przedszkola, starsze do bezpłatnych dla bieżeńców szkół. Dorośli zaczynają zarabiać, gdy udaje im się znaleźć pracę. Od wyjazdu z rodzinnych stron latem 1915 roku, po półrocznej gehennie wreszcie czują się w miarę bezpiecznie.

Tak przeżywają cały rok 1916 i 1917, aż do wybuchu Rewolucji, najpierw Lutowej, potem Październikowej. Rewolucja w głąb Rosji przychodzi w okresie 1918 – 1919, a nawet w 1920 roku. Młodych mężczyzn siłą wciela się do rosyjskiego wojska i robią to zarówno „biali” jak i „czerwoni”. Pewnie więc zdarza się, że rekruci strzelają do swoich pobratymców po przeciwnej stronie frontu. Rewolucjoniści zabierają chłopom zboże i topią w rzekach lub karmią nim ptaki, by nie trafiło w ręce wroga. Zaczął się głód, złodziejstwo i aresztowania. Nikt nie jest pewien następnego dnia.

Rewolucja zmienia stosunek miejscowych do przybyszów. Nie ma już serdecznej wylewności i hojności. Państwo zabiera pajki. Przybysze wyganiani są z zajmowanych kwater, staruszków i matki z małymi dziećmi wyrzuca się na bruk. Zdarzają się odmowy pogrzebu dzieci bieżeńców na miejscowych cmentarzach. Bieżeńcom odmawia się sprzedaży chleba, wyrzuca się z kolejek po żywność. Obwinia się ich o brak żywności i szalony wzrost cen. Na gminnych, czy wioskowych zebraniach, na które bieżeńcy nie mają wstępu, nakazuje się nie okazywać im żadnej pomocy, bo jeszcze „zostaną tu na zawsze”. W niektórych guberniach pozbawia się tych ludzi udziału w parcelacji majątków. Zaczyna się ich wykorzystywać płacąc za dzień pracy 1 rubla, podczas gdy miejscowi otrzymują od 5 do 7 rubli. Nie wydaje się zaświadczeń na bezpłatne leki, odmawia drewna na trumny. Rozwiązywane są organizacje opiekujące się bieżeńcami.

W 1918 roku w kwietniu Centralne Kolegium ds. Jeńców i Wygnańców postanawia przeprowadzić powrót bieżańców. Zapoczątkowany proces repatriacji przerywa wojna polsko-bolszewicka 1919 – 1921. Tereny, z których pochodzą bieżeńcy, wciąż jednak zajmują Niemcy i nie spieszą się, by umożliwić powrót byłym właścicielom. Przez kilka najbliższych lat bieżeńcy będą więc zakładnikami zmieniającej się burzliwie sytuacji politycznej. Na powrót do domu wielu z nich będzie musiało czekać jeszcze trzy, cztery, a nawet sześć lat. Najdłużej będą czekać chłopi białoruscy i ukraińscy.

Ludzie jadą z Rosji coraz tłumniej, w obawie o niepewną przyszłość. Do punktów etapowych repatriantów, jak ich teraz nazywają władze, dojeżdżają zarażeni i brudni. Wszy roznoszące zarazki są wszędzie. Pod koniec 1921 roku wybucha epidemia tyfusu, która szaleje w Rosji i dziesiątkuje wsie. „Gazeta Warszawska” podaje, że pod koniec 1921 roku naliczono dwadzieścia milionów chorych. We wsiach tłoczy się po kilkanaście rodzin w jednym domu, chorują wszyscy po kolei. W rodzinnych miejscowościach natomiast na miejscu domów znajdują się pogorzeliska. Dawne siedliska zamieniły się w plątaninę zarośli. Pokrzywy rosną na wysokość dorosłego człowieka. Nie ma co jeść, gdzie mieszkać. Ocalałe domy zajmują ci, co powrócili wcześniej, w pierwszym rzucie repatriacji w 1918 roku. Najgorzej mają powracający najpóźniej, w 1922 roku.

Wracający bieżeńcy przypominają pierwotną cywilizację zbieraczy. Zbiera się wszystko, co wydaje się możliwe do jedzenia: zielsko, grzyby, żołędzie. Przekopuje się pola, ale po niemieckich kartoflach i brukwi nie pozostał nawet ślad. Wiosną, latem i jesienią gotowana jest zupa z pokrzyw albo lebiody. Chleb piecze się ze wszystkiego, co rośnie na polu lub w lesie i nie jest trujące: z mielonych żołędzi, z ususzonych kłączy perzu, z młodych pędów sosen, ususzonych nasion polnego szczawiu, nawet ze zmielonej kory drzewnej. Takie mieszanki nie wychodzą na zdrowie wygłodniałym, osłabionym ludziom. Wzdęte brzuchy, niekończące się dolegliwości żołądkowe to codzienność. Najgorzej mają najbiedniejsi – nędza, głód i praca ponad siły. Po powrocie do dawnej wsi, ale do nowego świata – nie umieją się odnaleźć, czują się bezradni. Z dwumilionowej populacji guberni w Rosji znajdzie się ponad osiemset tysięcy osób; wiele umrze po drodze. Z niektórych powiatów zniknie nawet osiemdziesiąt – dziewięćdziesiąt procent mieszkańców.

Trzecie moje poruszenie to fakt, że kiedy wydawało się, iż historia bieżeństwa odeszła wraz z ostatnimi uczestnikami tamtych wydarzeń, zaczyna ją odkrywać pokolenie wnuków i prawnuków.

Wszystkim, którzy interesują się historią, polecam lekturę tego reportażu. Pamiętajmy o tych cywilnych ofiarach pierwszej wojny światowej i w modlitwie za zmarłych westchnijmy za nich.

Wanda Lange

Na podst.: Aneta Prymaka-Oniszk: “BIEŻEŃSTWO 1915. Zapomniani uchodźcy”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, wyd. II

Enter your keyword